Archiwa miesięczne: Sierpień 2013

Rinkeby, dzielnica imigrantów

To już niedługo. Chociaż na zewnątrz jeszcze nie położone tynki i nie pomalowana fasada, nie zasiane trawniki i nie posadzone drzewa i krzewy a wewnątrz odpychają gołe ściany i wystające ze ścian rury, to wrażenie jest fałszywe. Większość wykonanych prac jest niewidoczna, wylane podłogi, tynki, ukryte w ścianach przewody elektryczne, wodne, kanalizacyjne. Zostaje pomachać trochę pędzlem, nakleić tapety, wstawić lodówkę, zamrażarkę, kuchnię. Potem posprzątać, zamieść, odkurzyć, wytrzeć do połysku. I gotowe.

Tak wyglądają mieszkania, do których wkrótce, po półrocznym remoncie generalnym, wprowadzą się starzy i nowi lokatorzy z imigranckiej dzielnicy Sztokholmu, Rinkeby. Adres to Vimmerbyplan, kto ma ochotę może pozwiedzać wędrując z Google Maps.

A jeśli ktoś planuje remont mieszkania to niech pogodzi się z myślą, że przez najbliższe tygodnie będzie miał zrujnowane życie. Wiem, co mówię.

PS. Proszę swobodnie klikać na zdjęcia i powiększać je. W ekstra formacie można spokojnie studiować wszystkie błędy płytkarza. A chyba przecież o to chodzi?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zupełnie bez związku, poranny widok z mojego ulubionego mostu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ptasia czereśnia. Owoce za wysoko jak dla mnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ptasia czereśnia z czarnymi owocami o gorzkawym posmaku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na zewnątrz nie wygląda zachęcająco.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wnętrze łazienki wymaga dopieszczenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czekamy na panie sprzątaczki. Będzie lśniło.

IOLYMPUS DIGITAL CAMERA

W kuchni brak lodówki, zamrażarki i piecyka. Będą wstawione dzień przed odbiorem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Korytarz piwniczny z kilometrami rur i kabli elektrycznych. W rzeczywistości wygląda jeszcze bardziej ponuro.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeszcze kilka łazienek czeka na płytki i wyposażenie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tapety, gdzie są tapety? Podobno płyną z Holandii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na lewo będą szafki kuchenne, na prawo zlew i piecyk. Już niedługo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bez związku z wpisem. Dżungla rzuca cień.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Też bez związku, naśladownictwo …

Reklamy

Krzysztof Kamil Baczyński – lewak, komuch i Żyd

Obiło mi się o uszy, że polska narodowa prawica dowiedziała się z pewnego źródła, że Krzysztof Kamil Baczyński był… lewakiem. Jego ojciec był działaczem PPS-u, sam Krzysztof Kamil związał się z grupą młodych socjalistów, skupionych wokół pisma ideologicznego “Płomienie” i magazynu literackiego “Droga”. Wielu z jego najbliższych okupacyjnych przyjaciół zginęło w hekatombie Powstania.

Ciekawe były dalsze losy tych nielicznych, którzy przeżyli.

Jan Strzelecki został członkiem PZPR, socjologiem i wierzgającym przeciwko realnemu socjalizmowi marksistą i wreszcie opozycjonistą. Zginął w niejasnych okolicznościach – według oficjalnej wersji stał się ofiarą mordu rabunkowego.

Krystyna Cała również po wchłonięciu PPSu przez PPR była przez cały okres istnienia członkiem PZPR, by w roku 1990 na powrót zostać członkiem PPS. Samo jej nazwisko działa jak płachta na byka na narodową prawicę – i tak, zgadza się, jest matką Aliny Całej, tej Aliny Całej, autorki przełomowych prac z historii polskiego antysemityzmu.

Juliusz Garztecki wreszcie, przyjaciel Baczyńskiego z “Drogi” to jeszcze bardziej odmienna droga życiowa. Ten znany fotograf ma za sobą epizod w kontrwywiadzie AK a następnie ppsowskim PAL i powojenną pracę etatową w UB. Przekazał władzom komunistycznym archiwum kontrwywiadu AK.

Dla amatorów lustracji rozciągają się więc bajkowe wręcz możliwości.

Czego nasi narodowcy zdają się nie wiedzieć (nie czytają Wikipedii, nie czytają w ogóle?) to pochodzenie KKB ze strony matki. Czy potrafiliby wymówić to stygmatyzujące, odstręczające, odrzucające słowo na “ż”?

Matka KKB pochodziła z rodziny żydowskiej. Wychrzczona zachowywała się z katolicką gorliwością, a nawet, wedle świadectw, z pewną ponadprzeciętną demonstracyjnością, ostentacją i afektacją.

Teraz wszystko zaczyna się układać. Pochodzenie determinuje wybory ideologiczne – bo trudno się spodziewać, by KKB mógł się identyfikować z wyborami i ideologią przyjaciół z “Konfederacji Narodu”. Stąd zapewne i podskórny, później ujawniający się konflikt i odmowa publikacji w piśmie “Sztuka i Naród”.

Wątki żydowskie pojawiają się w poezji KBB, w sposób jednak dyskretny, nigdy pełnym głosem i używając szyfrującego kodu znaczeniowego jak choćby w wierszu napisanym podczas powstania w getcie:

Byłeś jak wielkie, stare drzewo,

narodzie mój jak dąb zuchwały,

wezbrany ogniem soków źrałych

jak drzewo wiary, mocy, gniewu.

Jak nie zawsze czytelny był ten kod można sobie przeczytać pod linkiem: http://www.sciaga.pl/tekst/1789-2-byles_jak_wielkie_stare_drzewo_k_k_baczynskiego_analiza

Więcej o milczeniu i negowaniu pochodzenia KKB przez wydawców jego poezji, a więc ekspertów, znających każdą nitkę biografii można przeczytać tutaj:

http://www.midrasz.home.pl/2000/gru/gru00_3.html

A tu proszę, temat który jeszcze dekadę temu był tabu,  na skutek Wikipedii nie może być pomijany zmową milczenia. Przeklęta niech będzie Wikipedia.

Lustratorzy od spraw rodzinnych, “dziennikarze niezależni” z Gazety Polskiej i innych “Od rzeczy” i “W sieci nonsensu” powinni czuć świeżą krew. Coraz bliżej już do samego KKB – już upomnieli się narodowcy o wujeczną siostrę KKB Dziulę Zieleńczyk:

http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35153,12416174,Wszechpolacy_i_ONR_chca_zmiany_patronki_lodzkiej_szkoly.html

http://jakelo.salon24.pl/448942,usuwamy-komunistyczna-patronke-szkoly

http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/GauzaAwanturaoDziuleczyliosprawieWandyZielenczyk/menuid-419.html

Z drugą siostrą cioteczną, Marią Turlejską, było jeszcze gorzej. Po prostu gefundene fressen dla najbardziej leniwych z lustratorów. Wszystko podane na tacy i do przepisania z internetów.

PS. Nie zamierzam tutaj referować ustaleń z artykułu, z którego zaczerpnąłem wiedzę o pochodzeniu Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Zainteresowanych odsyłam do źródła:

http://www.jozeflewandowski.se/texter/Wokol_biografii_Baczynskiego.htm

A argonautom internetu polecam swobodne poszukiwania i wędrówkę od wyspy do wyspy.

IMAG0249

Nieproszeni goście

Obrazek

Salon ekskluzywnych samochodów Jeana Taikona pod gołym niebem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za samochodem dostawczym widać lekko przechodzony, ale w dobrym stanie merc. Się pomaluje pędzlem rdzawe wrzody i się opchnie.

Żeby nie było, że tylko rodacy bywają multi-kulti. Pan Jean Taikon jest jak najbardziej multi-kulti, uciążliwym na swój sposób. Taikon to zasłużone w szwedzkiej kulturze nazwisko. Katarina Taikon była autorką, bodaj tłumaczonych na polski, opowieści dla dzieci, w których opisywała dzieciństwo małej Katitzi, swej alter-ego i wędrowne cygańskie tivoli, w którym się wychowywała. Jej siostra, Rosa Taikon, jest znaną projektantką biżuterii i innych wyrobów ze srebra. Na ile pan Taikon jest ich krewniakiem nie wiem, ród jest rozległy i rozgałęziony po całej Europie, latem zjeżdżają się krewni z NIemiec, Francji i Holandii wielkimi karawanami, które nie wyrabiają się na zakrętach ślepej uliczki. Krewni rozbijają obóz na najwyższym poziomie pobliskiego parkingu nic sobie nie robiąc z groźnych min i znaczących pochrząkiwań opiekuna osiedla. Boże drogi, nie z takimi prześladowcami i hamanami mieli do czynienia.

Pan Taikon ma interes. Handluje końmi. Znaczy – idzie z duchem czasu i są to konie mechaniczne. Swój ekskluzywny salon samochodowy pod gołym niebem nazywa zapewne Salonem eksluzywnych samochodów Jeana Taikona pod gołym niebem. Ile samochodów wystawionych jest aktualnie na sprzedaż wie zapewne jedynie pan Taikon. Czasami mam wrażenie, że wszystkie pięć czy dziesięć ustawionych w strefie zakazu zatrzymywania należą do niego, a rejestrowane są na krewnych, pociotków, znajomych i miejscową szumowinę.

Pan Taikon żyje, jak wielu tutaj, w szczelinie, która rozpościera się między legalnością a nielegalnością. Co, że między praworządnością a kryminałem jest ostra granica? To się nam tylko wydaje, w rzeczywistości jest to rozległa przestrzeń, niczym te dodatkowe pół peronu znane niektórym bohaterom powieści dla dzieci i młodzieży „Harry Potter”, przestrzeń, w której można mieszkać, pracować i prowadzić lepsze lub gorsze interesy. Pana Taikona poznałem w okolicznościach biznesowych, gdy zaproponował, że on i jego ludzie zrobią za nas remont za pół ceny. Z propozycji nie skorzystałem, a wkrótce zaczęły się problemy z parkowanymi tu i ówdzie samochodami pana Taikona. Mandatami za nieprawidłowe parkowanie nie za bardzo się przejmował, kiwał co prawda głową ze zrozumieniem, gdy napotykając go a to go rugałem, a to próbowałem tłumaczyć, że nie mam nic przeciwko niemu oosbiście, ale niech przestawia samochody w ciągu dnia, bo nasze transporty z materiałami nie mogą dotrzeć do budowy. Gdy jednak przyjechała zamówiona przez straż parkingową na moją zdesperowaną prośbę laweta i już, już opuszczała podnośnik, pojawił się błyskawicznie i przestawił objazdową ekspozycję w inne miejsce.

Muszę przyznać, że od tego czasu raczej się pilnuje i swoje prywatne samochody parkuje już wyłącznie na drodze pożarowej, blokując dojazd karetek pogotowia i innych pojazdów bezpieczeństwa, jak to widać na zamieszczonym poniżej zdjęciu. Rozsądny wybór, miejscy strażnicy parkingowi nie mają tam dostępu, a zarząd osiedla chyba już dawno porzucił pomysł na poddanie pana Taikona przymusowi pedagogicznemu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ford ka. Jeszcze tydzień był to maverick, czyżby kryzys w biznesie? Hm, samochód z zakazem poruszania się (sprawdziłem w rejestrze pojazdów)? Kto by się tym przejmował.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wysokiej klasy ręczne lakierowanie

IMAG0233

Kto powiedział, że tego modelu volvo nie ma w wersji cab? A  od czego flex? Nie wiem, czy samochód należy do stajni pana Taikona, ale bym się nie zdziwił. Sprawdziłem w rejestrze, ale kto powiedział, że formalny właściciel nie jest tylko słupem pana Taikona.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Plac zabaw jeszcze nie gotowy, brak gumowej wyściółki. A ptasie czereśnie przypominają mi dzieciństwo. Czarne gorzkie i czerwone kwaskowe.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tak wygląda dom po renowacji. Kolor elewacji nie został wybrany przeze mnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zawsze chcieliście obejrzeć z bliska teren budowy? Nie dajemy wysokich parkanów, zza których nic nie widać. Kliknij, powiększ i oglądaj szczegóły nie ruszając się sprzed komputera.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Temu panu marzenia z dzieciństwa się spełniły i został operatorem koparki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Żarłoczne mewy czatują przy śmietniku. Zaraz któryś z leniwych lokatorów nie wrzuci torby ze śmieciami do pojemnika tylko postawi obok i zacznie się uczta. Na razie można wydłubywać resztki czegoś jadalnego z plastikowej torebki. Kilka dni temu w śmieciach (akurat ktoś wyrzucił smakowite surowe kości z resztkami mięsa) pożywiały się dwa przeczarne kruki, niestety odleciały nim nadbiegłem z aparatem.

Szwedzi mają dość multi-kulti

Wydaje się, że nawet cierpliwa tolerancja Szwedów ma swoje nieprzekraczalne granice. Owszem, zdarzało się sarkali, zdarzało się agresywne milczenie, pałętali się gdzieś po obrzeżach patrioci i prawdziwi Szwedzi, ale właściwie po raz pierwszy zetknąłem się z tak otwartym buntem przeciwko terrorowi politycznej poprawności.

Okazuje się, że tolerancja kończy się tam, gdzie imigranci narzucają swoje plemienne obyczaje większościowej populacji. Wtedy większość działa sprawnie, szybko i nieubłaganie.

Oto kilka dni temu zostałem poproszony przez znajomego kamienicznika. Kamienicznik to taka licentia poetica, prosił mnie jeden z zarządców nieruchomości jednej z większych spółek giełdowych wyspecjalizowanych w mieszkaniach czynszowych. Prośba dotyczyła pisma skierowanego do jednej z grup etnicznych akurat dość bogato reprezentowanych w jednej z odleglejszych dzielnic Sztokholmu.

Zarządca chciał abym pomógł w sformułowaniu kilku prostych zasad skierowanych do lokatorów, przedstawianych do podpisu razem z kontraktem na wynajem:

Oto one:

Jestem świadom, że obowiązują mnie zasady dotyczące odnoszenia się do sąsiadów i zachowania porządku w powierzonym mi mieszkaniu. Jestem również świadomy, że szwedzkie obyczaje mogą się różnić od obyczajów w mojej ojczyźnie. Jeśli nie będę przestrzegał obowiązujących zasad i spowoduję skargi na moje zachowanie do właściciela nieruchomości mogę stracić prawo do mieszkania i zostać zobowiązany do pokrycia kosztów naprawy szkód /…/. 

Następujące zasady obowiązują w Szwecji i zobowiązuję się ich przestrzegać:

  1. W Szwecji rozmowy w miejscach publicznych, poza mieszkaniem, prowadzone są cicho lub normalnym tonem. Nie krzyczy się na schodach. Nie krzyczy się do siebie. Nie rozmawia się podniesionym tonem na parkingu i w innych publicznych miejscach. Nie krzyczy się z otwartego okna do osób na zewnątrz. Nie rozmawia się głośno na balkonie.
  2. W Szwecji nie jest przyjęte gromadzenie się w pobliżu domu. Może to być uznane za podejrzane lub groźne.
  3. W pobliżu domu należy prowadzić samochód ostrożnie i uważnie. Przestrzegaj zasad parkowania, nie parkuj w strefie zawracania lub pod prąd.
  4. Cisza nocna obowiązuje w godzinach 22.00 do 06.00. Nie należy głośno rozmawiać, puszczać głośnej muzyki, słuchać telewizji na pełny regulator, trzaskać drzwiami itp.
  5. Bądź uprzejmy i miły dla sąsiadów.

To są niesłychanie ostre sformułowania, nasycone zimną emocją. Widać wyraźnie, że lokatorzy z tej akurat grupy etnicznej zaleźli wszystkim za skórę – zarządcom i sąsiadom. I moje doświadczenie mówi mi, że zastrzeżenia mają silne podstawy.

Każda grupa etniczna przywozi ze sobą własne obyczaje. Po jakimś czasie ulegają one powolnej przemianie, utemperowaniu i dostosowaniu do zasad kraju osiedlenia. Każda – oprócz jednej.

Nie będzie mi jakiś głupi Szwed, Arab, asfalt, ciapaty, makaroniarz, żabojad, Grek, Turek, Rusek, Szwab mówił jak mam postępować. Zakazy są po to by je obchodzić a zasady mam gdzieś.

Gdy na liście lokatorów domu, który mamy remontować, widzę polskie nazwiska zaczynam zastanawiać się, co też tym razem rodacy zmalowali i w jaki sposób uprzykrzają życie innym?

Hm, pobierają zasiłek socjalny i mieszkaniowy, a mieszkanie wynajmują 6 polskim robotnikom budowlanym po 3 500 koron od łóżka? Z tego da się całkiem przyzwoicie żyć. A może mieszkanie czynszowe przebudowali wedle własnego smaku nie pytając o zgodę? Rodacy wykazują niesłychane talenty techniczne i potrafią wszystko – zerwać podłogi i położyć panele, przesunąć ściany działowe i z garderoby zrobić pokój lub odwrotnie. Mistrzem był domowy monter instalacji elektrycznych, który własnego przemysłu skonstruowaną rozdzielnię umieścił pod zlewem i podłączył do niej nieprzesadnie izolowane kabelki (pojedyncze, sztukowane, niewymiarowe) od halogenów podsufitowych. Nienawidzi mnie do dzisiaj, po tym jak elektryk wszedł do mieszkania, poprzecinał instalację tak, by nie dało się jej już w żaden sposób połączyć na nowo i wyszedł.

Polacy źle się integrują. Owszem, ci z którymi mam do czynienia na co dzień pracują, bo przyjechali tu w tym celu – ale to koniec integracji. Po pięciu-sześciu latach legalnego pobytu nie znają często ani słowa po szwedzku (angielskiego też nie znają), większość z nich nie potrafi porozumieć się w najprostszych sprawach.  Pomagam im jak mogę w koniecznych kontaktach urzędowych, ale są i tacy, którzy po sześciu latach nie mają obowiązkowego numeru ewidencyjnego (personnummer – odpowiednik Pesela), nie są zarejestrowanie w tutejszej Kasie Chorych, nie składają deklaracji podatkowych, mimo że tracą w ten sposób dziesiątki tysięcy koron za odpisy, które im się z różnych podstaw należą.

Ot, taki Lesio, geniusz żabki hydraulicznej, wybrał się onegdaj na ryby. Wstawał tak nieszczęśliwie, że prawą ręką oparł się o kant puszki z rosówkami, przecinając sobie cztery palce robocze ze ścięgnami włącznie. Od pięciu lat w Szwecji, miał nieważny już numer tymczasowy i nie był zarejestrowany w Kasie Chorych. Leczył się w Polsce, poszły na to wszystkie oszczędności, około 100 000 koron. Mimo, że upłynął rok nie poszedł jeszcze starać się o zwrot wydatków – a totalitarne państwo szwedzkie jest bardzo wyrozumiałe i nawet przydzieliłoby mu osobistego tłumacza i Anioła Stróża, by przeprowadził go bezpiecznie przez zasadzki szwedzkiej biurokracji i pomogło na wszelkie sposoby.

Polacy źle się integrują, żyją we własnym bąblu etnicznym, żyją bardziej w Polsce, niż tutaj. Rites de passage, chrzciny, komunie, śluby i wesela a zapewne za jakiś czas i pogrzeby mają miejsce w Polsce, bo przecież tutaj są tylko tymczasowo, na pięć, dziesięć, dwadzieścia lat. Chyba tylko Somalijczycy z Rinkeby, których fotografowałem w poprzednim wpisie integrują się gorzej.

A tymczasem czytam sobie głębokie analizy polskich publicystów o klęsce multi-kulti na Zachodzie. Nie ma żadnej klęski, nie ma wybuchów nietolerancji, czasami tylko zirytowany zarządca domów czynszowych wyśle lokatorom pismo, jak powyżej, które w starannym, filologicznym tłumaczeniu na polski-polski brzmi przecież:

Zamknijcie wreszcie, do kurwy, wasze pijackie polskie ryje. Wasi sąsiedzi chcą spokoju i mają was dosyć.

Rynek w Rinkeby 12 sierpnia 2013

Poprzednia sesja zdjęciowa z Rinkeby rozpłynęła sie w deszczu, postanowiłem powrócić na rynek w Rinkeby przy lepszym świetle.

Rinkeby to dzielnica Sztokholmu o najwększym odsetku imigrantów. Dla niektórych to tylko etap przejściowy – w miarę postępów integracji robią i karierę mieszkaniową, przenosząc się do „lepszych dzielnic”, kupując mieszkanie własnościowe albo i domek. Dla innych Rinkeby jest ostoją bezpieczeństwa, blisko tu do krajan, rodziny i przyjaciół, punktów usługowych i sklepików, gdzie można porozumieć się w rodzimym języku.

To nie są w żadnym wypadku imigranckie slumsy, niskie trzy-czteropiętrowe domy w zieleni, jasne mieszkania czynszowe (komunalne) o standardzie takim samym jak w innych dzielnicach Sztokholmu. Właśnie uczestniczymy w renowacji niektórych z nich i zapewniam, że prace wykonywane są z równą starannością i nakładem kosztów jak w każdej innej okolicy.

Każda osoba na zdjęciach zasługiwałaby właściwie na osobisty portret. Ale państwa fotograf stanął przed dylematem – ukraść czyjąś twarz z ukrycia lub podchodzić do każdego z osobna i pytać o pozwolenie, ryzykując odmowę lub sztywne pozowanie. Pozowanie ma swój wdzięk ale nie w tym przypadku. W drodze zgniłego kompromisu ostał się plan américain, żadnych zbliżeń. Trochę szkoda, bo twarze bywalców rynku w Rinkeby to twarze z charakterem i wyrazem.

Na koniec ekstra bonus, czyli dwa autoportrety waszego uniżonego sługi.

PS. Zdjęcia można powiększyć klikając na nie. Ukazują się wtedy szczegóły niewidoczne na miniaturach. Sam, dopiero powiększając, zobaczyłem w ten sposób, że plakat na lewo od klęczącej żebraczki kusi obietnicą wygranej 11 milionów koron.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na drugą stronę

Nie byliście nigdy ciekawi, jak świat wygląda po drugiej stronie? Dzień w dzień niezbadane miejsca migają z okna autobusu, który dowozi was do pracy, aż wreszcie któregoś dnia postanawiacie zobaczyć z bliska, jak tam rzeczywiście jest.

Jest inaczej, niż można się było spodziewać

Obrazek

Most na drugą stronę

Obrazek

ścieżka zapomnienia

Obrazek

Stalowe kiszki

Obrazek

Rzeka Styx

Obrazek

Drzewo Yggdrasil

Obrazek

łodzie przewożą na drugi brzeg, ale tylko w

jedną stronę

Obrazek

Nie ma powrotu

Obrazek

łódź Charona

Obrazek

Obrazek

Druga strona? To wysypisko śmieci

Obrazek,

Druga strona – kontener z odpadkami

Obrazek

Most na drugą stronę

Obrazek

Nieważne co, podoba mi się

Obrazek

Pachnie piekłem, spalinami – elektrociepłownia

Obrazek

Charon w drodze

Bajram, Rinkeby, czwartek 8 sierpnia 2013 r

Państwa latający reporter postanowił podzielić się z wami zdjęciami z hucznie obchodzonego święta Bajram, wieszczącego zakończenie Ramadanu, miesiąca postów i wyrzeczeń, zwanego również Id al Fitr,
Dnia przyjęć, uczt, spotkań z rodziną i przyjaciółmi.
Ale zabawa rozpłynęła się w deszczu, samotny operator grilla przekręcał z boku na bok trzy rożenki ze smakowitym mięsem, daremnie oczekując na rozbawionych i hojnych klientów. Klienci woleli chronić się przed siąpiącym, jesiennym jakby już deszczem, pod arkadami rynku w Rinkeby, z coraz bardziej gasnącą nadzieją na ukazanie się popołudniowego słońca, które ozłociłoby dzień.
Dwie damy z Somalii założyły na okazję święta swoje przeżółto najczerwieńsze stroje ale deszcz zmusił je do ukrycia się w przejściu na rynek.
Nawet w kramie warzywno-owocowym, tak zazwyczaj pełnym klientów było pusto, a Mustafa wyraźnie nudził się przy kasie.
Do tego wszystkiego wasz oddany reporter wstydzi się za podłą jakość zdjęć, robionych pożyczonym w pośpiechu służbowym aparatem, używanym na co dzień do dokumentowania wycieków i innych nieszczęść.
Jutro wezmę ze sobą własny aparat – ale jutro to nie będzie już Bajram.ObrazekDamy z Somalii wybrały się na festyn, który się zakończył, nim się rozpoczął

ObrazekObrazekNie ma chętnych na łakocie pod rozpostartymi parasolami.

ObrazekW zwykle zatłoczonej o tej porze kawiarni gości mniej niż było dziś o siódmej rano.

ObrazekObrazekNie ma popytu na szaszłyki prosto z grilla.

ObrazekNieliczni uczestnicy niedoszłego festynu kryją się pod podcieniami rynku.

ObrazekSkorzystałem z okazji i zaopatrzyłem się w owoce i warzywa. Jutro będzie tłok.

ObrazekFotograf do bani i kamera do kitu.